Kolejna historyjka będzie o tym, jak na koloniach letnich za małolata farbowaliśmy włosy na blond wodą utlenioną i przebijaliśmy sobie uszy igłami…
Pełna sterylność – uszy przebijały nam kelnerki (pozdrowienia dla Edyty ze Słupska!) z naszego ośrodka, które w tak zwanym międzyczasie pomiędzy obieraniem ziemniaków na kuchni i popylaniem z obiadami dla nas między stolikami, wyciągały z zamrażarki wielkie kostki lodu, przykładały nam je na parę minut do uszu, a potem wjeżdżały ostrzem igły bez ostrzeżenia razem z kolczykiem. Chwilę później wylewały nam na głowy buteleczkę wody utlenionej, która paliła nas jak lawa z Etny. Skóra nabierała wściekłej czerwieni, ale ból był do wytrzymania. Najważniejsze, że wystarczyła krótka chwila i bum – wyglądaliśmy jak Nick Carter z boysbandu bakstritów. Solidarnie się wszyscy katowaliśmy w ten sposób, żeby zrobić wrażenie na dziewczynach. Każdy miał upatrzoną jakąś na oku i to właśnie jej i tylko jej chciał się spodobać. Wyglądaliśmy tak, jakbyśmy właśnie dostali rolę statystów w „Ataku klonów”, albo jakbyśmy mieli nazajutrz zagrać w horrorze na podstawie książki Stephena Kinga „Dzieci kukurydzy”. Sami świńscy blondyni, ekipa zbłąkanych Szwedów. No dramat. Ale dziewczynom się podobało. Tym bardziej, że kolor codziennie był bardziej intensywny, ponieważ słona woda Bałtyku robiła „odnowę”. Mieliśmy to gdzieś, bo te, na których uwadze nam zależało, były zachwycone i miały maślane oczy na nasz widok. O to nam chodziło, bo zdawaliśmy sobie sprawę, że bez tego bonusu na głowie żaden z nas nie zwróciłby na siebie uwagi. 😉
Chłopcy z kolonii letniej z Ostrowca Świętokrzyskiego robili furorę na plażach całej Ustki, aż fale biły o brzegi falochronów jakby mocniej, niż dotychczas. Słodkie siostry wieczorów lipcowych były – jak Wielki Brat – pod wielkim wrażeniem. Siedmiu wspaniałych. Dzieci z Bullerbyn. Tak się prezentowaliśmy, ale miało to swoje plusy. Jak podczas międzymiastowych rozgrywek kolonijnych graliśmy turniej piłkarski, akurat po sześciu plus bramkarz, z łatwością odnajdywaliśmy się na piaszczystym niczym Sahara boisku. Śmierdziuch, Manekin, Fuji, Rekin, Mazi, Tomas i ja – Gazda. Jak reprezentacja Danii, która w 1992 roku przyjeżdżając w trybie awaryjnym z wakacji, wygrała mistrzostwa Europy. Byliśmy nie do podrobienia, a nasz fejm jeszcze zyskał na sile, bo nie dość, że wyglądaliśmy kozacko, to jeszcze klepaliśmy wszystkich w nogę. Co za czasy, można się było przez chwilę poczuć jak gwiazdy futbolu, którymi wtedy chcieliśmy zostać, każdy jeden bez wyjątku. Po latach dopiero dotarło do naszych pustych łbów, że to David Beckham wzorował się na nas, a nie my i cały świat na nim. Prekursorzy mody piłkarskiej – fajna nazwa dla drużyny, jakby ktoś chciał zgłosić ekipę do turnieju dzikich drużyn.
P.S. A takie kartki wysyłało się z kolonii do domu z obowiązkowym dopiskiem: „Kochane pieniążki przyślijcie rodzice.”



