Wychowałem się w „starych” czasach! I żyję…

Czasem mam takie wrażenie, że dzieci urodzone w latach 80. i 90. (w tym także ja) były wychowywane przez patologicznych rodziców… Sęk w tym, że oni chyba nie mieli pojęcia o tym, że ich zachowania są patologiczne. Co więcej – my jako dzieci tym bardziej nie mieliśmy pojęcia, że jesteśmy wychowywani w patologii. Czasem naprawdę warto żyć w nieświadomości…

Za naszych czasów była taka moda, a wręcz wymóg, żeby należeć do jakiejś osiedlowej bandy. Miejscem spotkań tajemnego zgromadzenia były najczęściej place budowy, których w owym czasie nie brakowało. Powstawały osiedla z wielkiej płyty, rosły jak grzyby po deszczu, a my dorastaliśmy wraz z nimi. Jakoś nie przypominam sobie, żeby nasze mamy drżały ze strachu o nas, że się tam bawimy, że możemy sobie robić krzywdę, albo mówiąc krótko – że nam urwie rękę czy nogę, albo, że się pozabijamy.

Wtedy nie było takich tworów, jak prywatne przedszkola czy kluby malucha. Rzeczywistość nie była kolorowa, nie mieliśmy dostępu do multimedialnych gadżetów rozwijających ponoć percepcję dzieciaków, ale mimo to nasi rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju, że będziemy odstawali od rówieśników, bo… wszyscy byli kształceni na tą samą modłę. Zerówka była tak naprawdę naszą pierwszą stycznością z szeroko pojętą edukacją. Wszyscy zaczynaliśmy z tego samego pułapu, nikt nie szedł do szkoły jako sześciolatek, tylko cieszył się beztroskim dzieciństwem.

Rodzice nie biegali za nami przesadnie z czapką i szalikiem. Każdy z nas miał swój rozum i wiedział, na co może sobie pozwolić. Lekcje wychowania fizycznego były zawsze bardzo wyczekiwanymi zajęciami w ciągu tygodnia, a nie jak dziś – zwolnienie z wuefu, bo się Kasia czy Jasiu spoci i przeziębi! Lepiej grać godzinami na telefonie czy konsoli, czy pokopać piłkę z kolegami na podwórku? Dla mnie największą karą było to, jak nie mogłem wyjść na dwór. A dziś? Ciężko dzieciaki wygonić na świeże powietrze…

Naszym lekarzem była zazwyczaj mama lub babcia. To one znały tajemne domowe sposoby na grypę – leczyły nas syropem z cebuli, wkładając czosnek w skarpety, nacierając spirytusem, albo stawiając bańki i nakrywając grubą pierzyną! Dziś to nie do pomyślenia… Zabawa nie miała dla nas ograniczeń, wszystko pozostawało w kwestii naszej wyobraźni, a ta nie miała ram i limitów. Do lasu szliśmy wtedy, kiedy mieliśmy na to ochotę. Wcinaliśmy jagody i maliny, na które być może wcześniej nasiusiały lisy, sarny czy inne zwierzątka 😉 Mamusia nie drżała o to, że pożre nas wilk, zaatakuje dzik, czy zarazimy się wścieklizną od ugryzienia bezdomnego błąkającego się psa. Pamiętam też, że często jeździliśmy z kumplami nad rzekę rowerami, znikając na cały dzień. Nie szukała nas policja, rodzice nie panikowali, chyba mieli jednak do nas zaufanie, że nie zrobimy nic głupiego. Byliśmy wychowywani w poczuciu tego, że za każdy nasz występek czekają nas konsekwencje, które do najprzyjemniejszych nie należały. Nie byliśmy non stop pilnowani, a nikt z nas nigdy nie utonął ani nie skręcił sobie karku, skacząc do wody z pomostu nad jeziorem…

Zimą bywało, że tata albo sąsiad organizowali nam kuligi. W lesie, po pachy w śniegu, zapytacie? A gdzie tam – przyczepiano sznur sań do małego fiata i jazda między osiedlem! Na zakrętach była największa adrenalina, bo wtedy z reguły „maluszek” przyśpieszał. Nikt z nas nie zginął, ani nie odniósł żadnych obrażeń. Za to przeżycia, doznania i wspomnienia mieliśmy i wciąż mamy chyba bezcenne. Zdarzało się, że ktoś spadł z sanek, otarł się o drzewo, czy zahaczył o krawężnik, ale było z tego raczej kupę śmiechu, niż lamentu. Nikt z nas wówczas nie używał kasków ani ochraniaczy, a rozwalone kolana naznaczone licznymi strupami, siniaki czy zadrapania były czymś zupełnie normalnym…

Dokuczaliśmy jednej sąsiadce, bo wydawało nam się, że ma ze 100 lat i z pewnością jest wiedźmą. Ona chodziła co chwilę na skargę do naszych rodziców. Kończyło się ochrzanem, czasem w ruch szedł wojskowy pas taty, a na drugi dzień i tak musieliśmy się sąsiadce nisko ukłonić, powiedzieć grzecznie „dzień dobry” i pomóc nieść zakupy. Wiedzieliśmy, co to szacunek dla starszych od nas.

Dziadek pozwalał pociągnąć czasem łyka „prądu” z gąsiora, tata dawał spijać piankę z piwa i nikt nie mówił, że dzieci się alkoholizują. Pamiętam, że tata śmiał się w głos, widząc moją wykrzywioną twarz i słysząc okrzyk „fuj!”.

Każdy z nas znał tabliczkę mnożenia na pamięć, zasady gramatyki i ortografii były wykute na blachę. Nikt nie znał pojęcia dysleksji czy dysgrafii – jeśli nie umiałeś pisać, dukałeś przy czytaniu, miałeś kłopoty z dzieleniem lub mnożeniem – byłeś po prostu tumanem i musiałeś się pouczyć jeszcze więcej, niż do tej pory. Do szkoły też mnie nikt nie odprowadzał – dostawałem klucz od domu na sznurówce, który dumnie zawieszałem na szyi. Trasa do szkoły nie była ultra bezpieczna, ale każdy wiedział, że trzeba iść lewą stroną ulicy, rozglądać się przed przejściem dla pieszych. Nikt nie wpadł z nas pod samochód… Po powrocie do domu musiałem wyprowadzić psa na spacer, odgrzać sobie obiad i zanim wrócą z pracy rodzice – mieć odrobione lekcje. Nikt nie miał czasu ślęczeć z dziećmi nad książkami – mieliśmy się uczyć sami, a tata lub mama tylko nas przepytywali, czasem aż do skutku.

Gdy się skaleczyliśmy, to lizaliśmy ranę i przyklejaliśmy liście babki – najlepszy plaster na wszystko. Czasem też ssało się palca, albo owijało czymś znalezionym pod blokiem, byle tylko zatamować krwawienie. Nikt nie dostał z tego powodu gangreny, ani nie amputowano mu kończyny. Jodyna i woda utleniona często były w użyciu, ale nikt z nas od tego nie umarł. Przyklejenie prawdziwego plastra na ranę było wielkim przywilejem, dziś nawet najmniejsze zadrapanie u dzieci skutkuje wizytą u lekarza specjalisty.

Mało kto z nas pamiętał, by myć owoce przed konsumpcją – najczęściej pochłanialiśmy je prosto po zerwaniu z drzewa. W dodatku przepijaliśmy kranówą lub lodowatą wodą ze studni, tudzież ciepłym mlekiem prosto od krowy. Popijaliśmy syropy na alkoholu, chowając się za śmietnikiem, żeby mama nie widziała. Nikt się nie zatruł…

Do zabawy mieliśmy siebie nawzajem, nie potrzebowaliśmy armii bajerów i gadżetów. Własnoręcznie zrobione proce, łuki wystrugane przez dziadka, albo pistolety wykonane przez tatę – to były nasze atrybuty! Bawiliśmy się w chowanego, w wojnę, w podchody, w klasy, graliśmy w kapsle, w noża, w kulki, skakaliśmy w gumę z dziewczynami, robiliśmy fikołki na trzepaku, a przede wszystkim – graliśmy w nogę do późnego wieczora. Naszą zabawę kończyło nawoływanie mamy z okna lub z balkonu, że już czas do domu. Wieczorem kąpiel szła taśmowo – najpierw młodsze rodzeństwo, potem starsze, a na koniec w tej samej wodzie jeszcze kąpał się tata. Dobranocka? To była jedyna bajka oglądana i wyczekiwana w ciągu dnia, innych zresztą nie było. Nie wszyscy kończyli szkołę, nieliczni szli do liceum, a potem na studia – ale każdy miał jakiś fach w ręku lub zdobywał zawód. Ludzie pracowali gdzie mogli – jedni za lepszą, inni za gorszą pensję, ale z reguły każdy sobie radził.

Ja i dzieci z mojego podwórka kochaliśmy swoich rodziców, byli dla nas wzorem do naśladowania i byliśmy w nich zapatrzeni jak w święty obrazek. Dziś cieszę się, że nie wiedzieli, co to „bezstresowe” wychowanie. To dzięki nim chowałem się bez ADHD, syndromu niespokojnych stóp, nie zaprzątałem sobie głowy bakteriami, wizytami u psychologa, nie miałem opiekunki, nie bawiłem się na zamkniętych i monitorowanych placach zabaw… I wiecie co? I tak wciąż wydawało mi się, że „starzy” wszystkiego mi zabraniają 😉 Wspomnijcie stare czasy i swoje dzieciństwo – jestem przekonany, że na waszych twarzach pojawi się szeroki uśmiech 😉

Co robimy, tato?

Takie pytanie zadawałem w dzieciństwie najczęściej mojemu tacie, ale nie zawsze otrzymywałem zadowalającą mnie odpowiedź. Zabawa z dziećmi była na szarym końcu listy rzeczy, które nasi rodzice musieli zrobić w ciągu dnia.

Moi rodzice ciężko pracowali całe życie, żeby mnie i bratu niczego nie brakowało. Nie mieliśmy co prawda wypasionych gadżetów, jak dzieci dziś, ale dla nas szałem było posiadanie sterowanego przez kabel radzieckiego czołgu, który wydawał dźwięki i świecił. Wspominane już tutaj wcześniej historyjki z gum Turbo były poważnym argumentem do tego, aby zdobyć uznanie wśród rówieśników na podwórku. Ja jednak zawsze najbardziej marzyłem o tym, by pobawić się z tatą…

Pracował w hucie, naprawdę harował. Kiedyś odwiedziłem z klasą jego wydział w ramach wycieczki szkolnej na Dzień Hutnika i dopiero wtedy zrozumiałem, jak bardzo niebezpieczne i odpowiedzialne jest jego zajęcie, które daje naszej rodzinie chleb. Wtedy dotarło do mnie, dlaczego ma poparzone ręce i nogi, dlaczego nie zawsze ma ochotę się ze mną bawić. Nie dlatego, że mu się nie chciało, ale dlatego, że był potwornie zmęczony…

Mimo to zdarzały się – nawet często – takie chwile, które spędzaliśmy tylko we dwójkę. Tata i syn. Nie było mowy wtedy o tęsknocie za mamą. Tatuś znajdował w sobie pokłady energii na to, by spędzić czas ze swoim synem. Zabierał mnie na mecze piłkarskie, chodziliśmy do kina, jeździliśmy na wycieczki rowerowe i co najważniejsze – graliśmy w piłkę. Kiedy na osiedlowe boisko przychodziłem z tatą i mówiłem kumplom, że dziś ON gra z nami, to widziałem po ich minach, że mi zazdroszczą. Ich ojcowie nie znajdowali na to czasu…

Dziś to już trochę inaczej wygląda… Teraz sam mam dwóch synów, którzy chętnie ze mną spędzają czas bez płaczu za mamą, ponieważ robią z tatą rzeczy, których nigdy nie zrobią z mamą 😉 Tańczymy do hitów Michaela Jacksona lub Queen, rysujemy komiksy z żółwiami ninja, Batmanem czy Spider-manem, urządzamy sobie fascynujące inscenizacje rodem z Gwiezdnych Wojen, robimy pistolety i miecze z patyków, gramy w piłkę, spacerujemy po lasach, chodzimy po górach, zwiedzamy muzea, odwiedzamy wystawy LEGO i tym podobne, opowiadam im historie z czasów, kiedy sam byłem w ich wieku… Oglądamy wspólnie mnóstwo filmów przyrodniczych zamiast bajek, ale chodzimy też do kina na typowo „dziecięce” produkcje. Tylko ja mogę przyrządzać spaghetti czy zupę cebulową w naszym domu, bo jak mówią synowie – „tylko tata tak smacznie potrafi” 😉 A jak na koniec dnia czytam im bajkę na dobranoc i słyszę, że jestem najlepszym tatą w kosmosie, to nic więcej mi nie trzeba (y)

Czasem też jestem zmęczony po całym dniu, jak kiedyś mój tata, choć nie wykonuję tak wykańczającej pracy fizycznej jak on. Pamiętam jednak, że muszę się zmotywować do zabawy z dziećmi bez żadnych wymówek, bo więź między synami a ojcem buduje się od małego. I tego nauczył mnie właśnie tata. Nie jestem ideałem, zapewne popełniam mnóstwo błędów, ale staram się poszerzać horyzonty moich synów tak, aby kiedyś mogli z dumą powiedzieć: „tata mnie tego nauczył!” Myślę więc, że nie ma tragedii z nami mężczyznami/mężami/tatusiami drogie panie. Dajemy radę, prawda panowie? 💪

Pamiętajcie – ojciec i syn to najlepsza ekipa świata!

Lato, zima, książka… Przygód czas!

Pamiętam, że jak byłem dzieckiem, to każdą wolną chwilę rodzice organizowali mnie i bratu, zabierając nas na wycieczki. Latem nad jezioro/zalew pod namioty, do lasu… Zwiedzaliśmy zabytki w regionie świętokrzyskim, odwiedzaliśmy pobliskie miejscowości i kupowaliśmy produkty od rolników…

Dziadek zabierał mnie z bratem syreną na lody do Iłży (do dziś mają najlepsze lody na świecie!), z tatą chodziłem na mecze miejscowej drużyny, z mamą na spacery i goniłem za naszym psem jak szalony.

Wakacje zawsze były magicznym czasem, bo z reguły wyjeżdżaliśmy nad polskie morze na wczasy całą rodziną i z tego okresu mam wspaniałe wspomnienia. Gdy już byłem w starszych klasach podstawówki, jeździłem nad morze sam na kolonie letnie. Na ten temat to mógłbym chyba książkę napisać 😉

Okres zimowy też miło wspominam, bo zimowiska były kolejnym nowym doświadczeniem w życiu młodego człowieka. Pobyty z grupą nieznanych sobie dzieciaków w nieznanych nam dotąd miejscach uczyły samodzielności, zaradności, oszczędności i ogólnie gospodarowania swoimi zasobami materialnymi. Kto był, ten wiem, co mam na myśli.

Zimą w ferie robiło się kuligi, całe dnie spędzało się na pobliskich górkach jeżdżąc na sankach, śmigając na łyżwach na zalanym wodą „lodowisku” szkolnym albo grając w hokeja „na butach” radzieckimi kijami 😉 Każdy z nas wracał do domu zmarznięty na kość, przemoczony do suchej nitki, ale… szczęśliwy i uśmiechnięty od ucha do ucha!

Wieczorami po kolacji i kubku rozgrzewającego kakao owszem – czytałem, ale… z latarką pod kołdrą, bo nigdy nie miałem dość, pochłaniałem mnóstwo książek (wcale nie były to obowiązkowe lektury szkolne) i wręcz zakazywano mi czytania 😉 Tata siadał w fotelu z gazetą sportową, mama rozwiązywała krzyżówki, brat wertował prasę motoryzacyjną – każdy miał „swój” czas z ulubioną lekturą. Patrząc dziś, jak dzieciaki wgapiają się w ekrany swoich smartofnów, trochę mi tęskno do czasu, kiedy sam byłem dzieckiem. Mam wrażenie, że wówczas czytanie książek było czystą przyjemnością, bo poznawaliśmy dzięki temu świat, a dziś to niewygodny obowiązek. Wtedy to oczywiście nie była żadna sielanka, ale… kiedyś to było jakoś fajniej.

Stara miłość nie rdzewieje

Zakochałem się. Po raz pierwszy w życiu tak na serio. Jako nastolatek miałem to szczęście, że zaznałem czegoś wyjątkowego. Czegoś, co nie dane było zapewne wszystkim moim rówieśnikom. Mogłem na własnym sercu przekonać się, co to znaczy umierać z miłości…

Doskonale pamiętam moment, w którym ją poznałem. W nocy, o północy – możecie mnie obudzić i zapytać jak to było, a ja opowiem wam ze szczegółami, jak wówczas wyglądał mój dzień od momentu obudzenia się. Nie będę jednak przynudzał, bo to nie sam bieg, ale finisz jest istotny. Był on taki, że wracałem z dyskoteki do domu z numerem telefonu najpiękniejszej dziewczyny, jaka w ogóle kiedykolwiek stąpała po tej ziemi. Rozumiecie, w jakim stanie się wtedy znajdowała moja świadomość? To było jak wielki sen!

Złapała mnie wzrokiem na parkiecie. Chwilę obserwowała, po czym udawała, że mnie w ogóle nie widzi. Tym razem ja się okazałem wytrawnym wędkarzem, bo udało mi się złowić jej spojrzenie. Dziwnym trafem ubywało ludzi stojących nam na drodze i jakoś tak, kompletnie nieoczekiwanie stanęliśmy twarzą w twarz. Uśmiechnęła się do mnie i… świat zwolnił! Nie potrafię oddać słowami pisanymi tego, jak się wtedy czułem. Po prostu chyba trafiłem do nieba, bo przede mną stał anioł w kolorze blond. A ja? Dłuższą chwilę się najnormalniej na nią gapiłem…

Słyszę niespodziewanie, że z głośnika leci „Stop”. Sam Brown śpiewa:

„Oh you’d better stop, before you tear me all apart
You’d better stop, before you go and break my heart
ooh you’d better stop…”

My już dawno wtuleni w siebie. Po raz pierwszy, a jakby już po raz setny. Wpasowała się idealnie w moje ramiona, a ja wierzyłem, że mogę ją schować tylko dla siebie przed całym światem. Nasze oczy się w końcu spotkały. I to był TEN (!) moment. Obydwoje wiedzieliśmy, co się za chwilę wydarzy. Coś, co było nieuniknione. Pocałunek. Ale jaki! Nie byłem jeszcze wtedy specem od całowania, ale miałem już pojęcie, co to znaczy całować się „z języczkiem” (jak to teraz zabawnie brzmi 😉 ). ODPADŁEM! Wierzcie czy nie, ale w tamtym momencie odwiedziłem kilka kosmicznych orbit. Muszę przyznać, że wtedy po raz pierwszy tak naprawdę, na prawdziwo całowałem się z dziewczyną. Wiedziałem co to języczek i tak dalej… To był pierwszy pocałunek w moim życiu, który zupełnie poważnie, odmienił moje życie. Nabyłem pierwszy życiowy skill – poznałem, co to znaczy uczucie „w tym sensie”.

Znacie tę zasadę, że każdy z nas ma jakąś piosenkę w głowie, która przez całe życie będzie nam się kojarzyła tylko z jedną osobą, prawda? Większość wie, o co chodzi. Nieważne co robicie, nieistotne gdzie jesteście – jeśli usłyszycie po latach „wasz” kawałek, to serducho z automatu przyspiesza bicie. Nie da się z tym walczyć, nie można się temu oprzeć, choćby może i człowiek czasem chciał. To jest silniejsze niż… Wszystko? Bo wtedy zaczyna obowiązywać kolejna ważna życiowa zasada: stara miłość nie rdzewieje!

P.S. Sam Brown śpiewała wtedy:

„Oj lepiej się zatrzymaj, zanim rozerwiesz mnie całą na strzępy
Lepiej się zatrzymaj, zanim odejdziesz i złamiesz mi serce
Oj lepiej się zatrzymaj…”

Tak to było dzieciaku…

Byliśmy kumplami na zabój. Prędzej któryś z nas wolał wtedy zobaczyć się z kolegą, niż iść na spotkanie z dziewczyną, o której ktoś ci wtedy mówił, że się jej akurat podobasz i jest szansa się z nią ustawić. Tak było. Proste zasady, proste życie. Największym naszym problemem było to, że nie mogliśmy wyjść na dwór. To była niewyobrażalna kara. Nie to, że mamy szlaban na kompa, na internet, na playstation. Ch*ja tam – nie mieliśmy pojęcia nawet co to jest.

Zbrodnią było to, że nie mogliśmy się spotkać. Wymienić historyjek z gum Turbo albo Donald (to imię nie kojarzyło nam się onegdaj z polityką), obgadać stanu techniczno-użytkowego naszych czechosłowackich trampek, które nam służyły dumnie do grania w piłę, ani tym bardziej wymienić uwag, czy Aga jest piękniejszą dziewczyną niż Magda (Aga miała cudowne, blond kręcone dziwnie włosy – wyglądała jak anioł!, a Magda miała największe… w klasie ;)). Aha – była jeszcze Marlena. Ona była najzwyczajniej w świecie śliczna. Do tego mądra. Siedziała ze mną czasem w ławce, dawała odpisywać pracę domową z majcy, słuchała z zaciekawieniem moich opowieści o wynikach meczów z Telegazety i mówiła mi, że mam urocze (tak mówiła, jak bonie dydy!) dołki w policzkach, kiedy się uśmiecham. Aga też mi to mówiła. To po mamie mam 😉

Czerwiec 2000 roku…

Szedłem do kina na premierę „Gladiatora”, dwa dni później poszedłem na ten sam seans ze swoją dziewczyną Kasią, a kolejne dwa dni później udałem się na to widowisko z ojcem. Za każdym razem obraz z Russelem Crowe zrobił na mnie wielkie, gigantyczne wręcz wrażenie.

Maska „Hiszpana” była tak charakterystyczna, że cały Rzym bał się jej widoku. Kiedy w 2016 roku Paulo Dybala po golu w koszulce Juve wykonał gest po raz pierwszy, który w jednoznaczny sposób kojarzył się z postacią z dzieła Ridleya Scotta, coś mną wzdrygnęło. Poczułem się jak w wehikule czasu. Ja ten symbol znałem. W dodatku bardzo dobrze mi się kojarzył. Z czym? Ze zwycięstwem, bo mogłem pójść na film sam i nie musiałem się z tego nikomu tłumaczyć. Bo mogłem i chciałem pójść na ten film z dziewczyną i tłumaczyć jej historyczne niuanse, zyskując +10 do zajebistości.

Bo wreszcie mogłem pójść na film z tatą i podyskutować o historii Rzymu. W moim wieku, kiedy miałem kilkanaście lat – mogłem o tym gawędzić tylko z nim. Moi rówieśnicy nie mieli o tym pojęcia. Wniosek jest prosty, prawda? TATA był moim najlepszym przyjacielem ever! Dlatego tak bardzo za nim tęsknię, każdego dnia… I nigdy nie przestanę!

Turbo – guma do żucia o smaku brzoskwini

Nie wiem, czy pamiętacie (obstawiam, że tak), takie zbiorowe szaleństwo w czasach naszego dzieciństwa, które można zamknąć hasłem „guma Turbo”. A więc tak… Turbo – guma do żucia o smaku brzoskwini, wyprodukowana przez turecką firmę Kent. Gumy do żucia zawierały wkładki-obrazki (zwane też nieprawidłowo historyjkami) ze zdjęciami samochodów, motocykli i innych środków transportu. Były popularne wśród dzieci i młodzieży pod koniec lat 80. i na początku lat 90. (głównie w Polsce i Rosji). – tyle Wikipedia na ten temat, oddajemy głos do studia…

Jakie – ja się pytam! – wkładki-obrazki? Nie chciałem przeklinać, a przydałoby się! „Zwane też nieprawidłowo historyjkami” – co qrwa? Jak nieprawidłowo? Dla wszystkich dzieciaków, którzy wtedy bawili się w kolekcjonerów, to były HISTORYJKI! Jasne, nie opowiadały żadnej historii w sensie rozumienia „komiksowej wkładki” w gumie Donald (na ten temat też sobie porozmawiamy – w osobnym poście 😉), ale każdy z tych prezentowanych samochodów, to była osobna historia motoryzacji!

Każdy kto mnie zna, ten wie. Ten co nie zna, zorientował się po poprzednich wpisach zapewne, że bliższa zdecydowanie ciału koszula w moim przypadku, to piłka nożna, a nie samochody. Ja mam z motoryzacją mniej więcej tyle wspólnego, że mam samochód, jeżdżę nim i czasem go naprawiam. Jeszcze motór kiedyś miałem. Żadnym ekspertem nie jestem, krótko mówiąc. Za to mój brat nadrabia w tej kwestii. On jest dla mnie guru, jeśli chodzi o szeroko zakrojony temat „samochodów” i to od zawsze. Od gówniarza, jak to się mówi. Nawet nie tata, który też miał wiedzę, ale mój brat. Więc teraz sobie wyobraźcie – skoro on zbierał HISTORYJKI, to jak ja mogłem nie zbierać!? Jak ktoś jest dla ciebie guru, to starasz się robić to, co on. I choć pojęcia nie miałem o samochodach, a poza tym byłem młodszym bratem, więc musiałem zapracować na uznanie, to choćbym nie chciał, musiałem też zbierać. Żeby mieć choć jeden wspólny temat z bratem… Tym sposobem dochodzimy powoli do puenty. To nie jest historyjka o HISTORYJKACH z gum Turbo. To jest o tym, że kiedyś taka pierdoła, jak kawałek śliskiej kartki ze zdjęciem samochodu, pozwalał zbliżyć do siebie dwóch i tak według więzów krwi najbliższych sobie ludzi. To jest o tym, że czasem trzeba nagiąć swoje przekonania, żeby z kimś złapać „chemię”. Dziś z moim bratem możemy razem konie kraść, napadać zuchwale na banki, kraść miliony jak obecna władza. Skoczyłbym za nim w ogień, dałbym sobie rękę obciąć i oddałbym za niego każdy organ. Myślę, że ta nasza relacja nie powstała, jak już obaj jako dorośli faceci założyliśmy rodziny i tak dalej. Myślę, a nawet wiem to na pewno, że nasza niewidzialna więź powstała właśnie wtedy. W tych magicznych czasach, kiedy byliśmy dziećmi. Brat za mną nie przepadał w dzieciństwie (4 lata różnicy…), ale jak działa mi się jakaś krzywda na osiedlu, to szedł za mną jak w dym. Dziś byłoby podobnie. Co do tego akurat nie mam żadnych wątpliwości. Czego nie mogę powiedzieć o tym, czy Liverpool FC zostanie w sezonie 2018/19 mistrzem Anglii… 😉

Uciekając z „miejsca zbrodni”

Rzadko kiedy zdarzało nam się nic nie robić. Zawsze któryś z nas wpadł na jakiś pomysł, kreatywny lub mniej mądry. Ale zawsze było coś do roboty. Przykład? W upalne lipcowe popołudnia, zalegaliśmy pokotem na przystankach autobusowych. Nie było szmalu na oranżadę lub buskowiankę w szklanej butelce, a z nieba żar lał się niczym w Acapulco. Nagrzany beton blokowiska oddawał ciepło, więc mówiąc w skrócie – byliśmy ugotowani. Wtedy właśnie jeden z nas wpadł na genialną zabawę: do foliowych reklamówek będziemy łapać chrabąszcze, a potem jak podjedzie autobus i otworzą się drzwi, wybrany drogą losowania „ochotnik” wrzuci reklamówki do pojazdu MPK. 🚌🐝🙃

Za każdym razem się udawało i spieprzaliśmy z przystanku z bananami na gębach. Dobiegaliśmy zziajani pod blok i śmialiśmy się do rozpuku, dumni z perfekcyjnie wykonanego zadania. Jednakże pewnego razu jednemu z moich kumpli powinęła się noga. Uciekając z „miejsca zbrodni” wywalił się tak, jak wywraca się nieraz grający w Barcelonie Neymar i to bez kontaktu z rywalem. Kierowca autobusu wystartował za nami i trzeba przyznać – szybki był! Może po całym dniu za kółkiem miejskiego pojazdu po prostu lubił sobie pobiegać? Nieważne. Dogonił mojego kumpla, stanął nad nim, jak nie przymierzając teściowa nad grobem, złapał go za szmaty i zaczął się wydzierać: mam cię gówniarzu jeden, na kolegium pójdę! My w tym czasie, w pełnym napięciu i totalnie posrani, obserwowaliśmy całą scenę zza kiosku RUCH-u. 🏪

Kierowca był w rozterce – w autobusie zostali ludzie, którzy wciąż walczyli z szarańczą prostoskrzydłych i nie mógł ich zostawić, a z drugiej strony łobuz, który od kilkunastu dni gnębił jego i jego pasażerów. Wrócić za kierownicę, czy przylać gnojowi, że ruski miesiąc na dupie nie siądzie? Na szczęście wygrał zdrowy rozsądek i facet postanowił uratować swój autobus, ale na odchodne rzucił kumplowi: jak cię jeszcze raz złapię, to nogi z dupy powyrywam! Uwierzcie mi, to był ostatni taki numer w naszym wykonaniu. Dostaliśmy nauczkę raz na zawsze, a za każdym razem kiedy latem widziałem chrabąszcza, oganiałem się jak opętany. Teraz już na luzie walę je kapciem…🏃‍♂️

Kiedy przychodziły wakacje…

Kiedy przychodziły wakacje, upragnione i wyczekane jak pocałunek dziewczyny po kilku miesiącach trzymania się za rączki, byliśmy w siódmym niebie. Dosłownie! Zero porannego zrywania się z tapczanu, zero odrabiania lekcji, zero zmarnowanych dni na naukę, ważne było jedno i tylko jedno – wolność!

Każdy z nas, chłopaków, wiedział, z czym się to wiąże. Wolność dla nas oznaczała, że będziemy mogli całymi dniami ganiać za piłką. Że będziemy mogli zrobić dziesiątki kilometrów na rowerach po mieście, żeby tylko sprawdzić, co słychać na innych osiedlach. Że będziemy mogli wygrzewać swoje chude i blade klaty na otwartych basenach na „Rawszczyźnie”. Że będą ogniska z pieczonymi ziemniakami. Że będziemy do znudzenia włazić na drzewa, obżerać się mirabelkami, śliwkami i innymi „zakazanymi owocami” zajumanymi z sadów nieznajomych nam ludzi, aż nas wszystkich dokumentnie przesra przez kilka dni. Że będziemy mogli włazić na dach naszych 10-piętrowych bloków i kozaczyć, siadając na krawędzi i dyndać nogami w dół. Że będziemy się mogli bawić w chowanego na cmentarzu za blokiem do wieczora, żeby sprawdzić, czy tam naprawdę straszy.

W końcu że będziemy mogli rozbić namiot za blokiem i kisić się w nim cały dzień, grając w karcianą wojnę i zapraszać tam dziewczyny, żeby się przyglądać z bliska, jak powoli pod ich bluzeczkami zaczynają pojawiać się pożądane kształty. Że będziemy mogli oddać się naszym ulubionym zajęciom, albo najzupełniej w świecie będziemy mogli gapić się na chmury, wyobrażając sobie niestworzone rzeczy i zbijać bąki. 
I tak przez całe wakacje!

Prawda, że brzmi pięknie? 🙃🏃‍♂️🌳🌥⚽️🤸‍♂️🏊‍♂️🚲🛌💓

Klasa vs. klasa – najważniejsze mecze świata

Graliście kiedyś w piłę na oczach dziewczyny, która wam się podobała? Obstawiam w ciemno, że tak!

Ona wam się podoba, wy wiecie, że wy jej chyba też (tak mówiły przynajmniej jej koleżanki na szkolnych korytarzach), a wszystko dookoła nie ma znaczenia. Grasz w meczu najwyższej wagi – klasa kontra klasa – na piaskowym boisku w czasie WF-u. Wiesz, że ona cię widzi, obserwuje, skupia wzrok tylko na tobie. Widzisz to kątem oka. Wtem! (jak w komiksach ha ha) dostajesz podanie, jesteś mniej więcej na połowie boiska, odwracasz się z piłką – nie ma nikogo. Szybka decyzja – jadę solo! Nabieram tempa, mijam kolesi w tempie Garetha Bale’a i z kunsztem Roberto Baggio. Bramka majaczy już na horyzoncie, za moment przywitam się z linią pola karnego. Zwodzę obrońcę, przede mną przerażony bramkarz, szykuję się do pierdolnięcia z czuba i… dostaję kosę z tyłu.

Wuefista się obudził i zadął w gwizdek, dyktując rzut karny. Kolega chciał strzelać, ale inny kumpel jak Dani Alves (słynna „akcja” w PSG) zabrał piłkę Edinsonovi Cavaniemu i wręczył mnie, Neymarowi. Minuta do dzwonka/końca lekcji, jest dramaturgia, nie!? Ustawiam gałę na wapnie, stawiam kołnierzyk koszulki Cezarego Kucharskiego z warszawskiej Legii do pionu jak nie przymierzając Eric Cantona, krótki rozbieg z kroka i delikatny, jak muśnięcie dziewczęcej piersi przez chłopaka na kolonii pod kocem, strzał w okienko! Znajomy z przeciwnej klasy nie rusza się z miejsca, taką mu pajęczynę zdjąłem. Gol, wygrywamy, klasowicze/partnerzy z boiska ściskają mnie w euforii, a mój wzrok ucieka na bok. Sprawdzam, czy ONA widziała. Na szczęście, dzięki Bogu i Wszystkim Świętym, widziała i cieszyła się niezmiernie. Krzyczała, że ON strzelił gola! Po czym dodała do psiapsiółki: „Mój ci ON!” 😍

Wiecie, co było dalej? Do końca dnia nie byłem w stanie się skupić na lekcjach, nawet z historii, z której byłem megamocny, dostałem pałę. Nic do mnie nie docierało, nawet prawie nieświadomie – po szkole – pomogłem tacie w naprawie jakiejś usterki w silniku Poloneza Caro. Odpłynąłem, mówią ludzie w stanie upojenia, zakochania, zauroczenia, oczarowania. I pływało mi się dosyć przyjemnie, co muszę przyznać z dziką rozkoszą. Wtedy przekonałem się chyba po raz pierwszy, co to oznacza, jak kogoś serce boli. Mnie wówczas bolało z miłości szczenięcej, ale miłości prawdziwej. Prawdziwej, bo szczenięcej. Jeśli ktoś z was za młodu przeżył podobne klimaty, to wie, o czym mowa. Kto nie wie, ten… młodości nie zaznał!

P.S. Dziś moje szkolne boisko wygląda tak… Gdy ja na nim grałem, przypominało Saharę. I komu to przeszkadzało? 🙃🙃🙃