Czasem mam takie wrażenie, że dzieci urodzone w latach 80. i 90. (w tym także ja) były wychowywane przez patologicznych rodziców… Sęk w tym, że oni chyba nie mieli pojęcia o tym, że ich zachowania są patologiczne. Co więcej – my jako dzieci tym bardziej nie mieliśmy pojęcia, że jesteśmy wychowywani w patologii. Czasem naprawdę warto żyć w nieświadomości…
Za naszych czasów była taka moda, a wręcz wymóg, żeby należeć do jakiejś osiedlowej bandy. Miejscem spotkań tajemnego zgromadzenia były najczęściej place budowy, których w owym czasie nie brakowało. Powstawały osiedla z wielkiej płyty, rosły jak grzyby po deszczu, a my dorastaliśmy wraz z nimi. Jakoś nie przypominam sobie, żeby nasze mamy drżały ze strachu o nas, że się tam bawimy, że możemy sobie robić krzywdę, albo mówiąc krótko – że nam urwie rękę czy nogę, albo, że się pozabijamy.
Wtedy nie było takich tworów, jak prywatne przedszkola czy kluby malucha. Rzeczywistość nie była kolorowa, nie mieliśmy dostępu do multimedialnych gadżetów rozwijających ponoć percepcję dzieciaków, ale mimo to nasi rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju, że będziemy odstawali od rówieśników, bo… wszyscy byli kształceni na tą samą modłę. Zerówka była tak naprawdę naszą pierwszą stycznością z szeroko pojętą edukacją. Wszyscy zaczynaliśmy z tego samego pułapu, nikt nie szedł do szkoły jako sześciolatek, tylko cieszył się beztroskim dzieciństwem.

Rodzice nie biegali za nami przesadnie z czapką i szalikiem. Każdy z nas miał swój rozum i wiedział, na co może sobie pozwolić. Lekcje wychowania fizycznego były zawsze bardzo wyczekiwanymi zajęciami w ciągu tygodnia, a nie jak dziś – zwolnienie z wuefu, bo się Kasia czy Jasiu spoci i przeziębi! Lepiej grać godzinami na telefonie czy konsoli, czy pokopać piłkę z kolegami na podwórku? Dla mnie największą karą było to, jak nie mogłem wyjść na dwór. A dziś? Ciężko dzieciaki wygonić na świeże powietrze…
Naszym lekarzem była zazwyczaj mama lub babcia. To one znały tajemne domowe sposoby na grypę – leczyły nas syropem z cebuli, wkładając czosnek w skarpety, nacierając spirytusem, albo stawiając bańki i nakrywając grubą pierzyną! Dziś to nie do pomyślenia… Zabawa nie miała dla nas ograniczeń, wszystko pozostawało w kwestii naszej wyobraźni, a ta nie miała ram i limitów. Do lasu szliśmy wtedy, kiedy mieliśmy na to ochotę. Wcinaliśmy jagody i maliny, na które być może wcześniej nasiusiały lisy, sarny czy inne zwierzątka 😉 Mamusia nie drżała o to, że pożre nas wilk, zaatakuje dzik, czy zarazimy się wścieklizną od ugryzienia bezdomnego błąkającego się psa. Pamiętam też, że często jeździliśmy z kumplami nad rzekę rowerami, znikając na cały dzień. Nie szukała nas policja, rodzice nie panikowali, chyba mieli jednak do nas zaufanie, że nie zrobimy nic głupiego. Byliśmy wychowywani w poczuciu tego, że za każdy nasz występek czekają nas konsekwencje, które do najprzyjemniejszych nie należały. Nie byliśmy non stop pilnowani, a nikt z nas nigdy nie utonął ani nie skręcił sobie karku, skacząc do wody z pomostu nad jeziorem…
Zimą bywało, że tata albo sąsiad organizowali nam kuligi. W lesie, po pachy w śniegu, zapytacie? A gdzie tam – przyczepiano sznur sań do małego fiata i jazda między osiedlem! Na zakrętach była największa adrenalina, bo wtedy z reguły „maluszek” przyśpieszał. Nikt z nas nie zginął, ani nie odniósł żadnych obrażeń. Za to przeżycia, doznania i wspomnienia mieliśmy i wciąż mamy chyba bezcenne. Zdarzało się, że ktoś spadł z sanek, otarł się o drzewo, czy zahaczył o krawężnik, ale było z tego raczej kupę śmiechu, niż lamentu. Nikt z nas wówczas nie używał kasków ani ochraniaczy, a rozwalone kolana naznaczone licznymi strupami, siniaki czy zadrapania były czymś zupełnie normalnym…
Dokuczaliśmy jednej sąsiadce, bo wydawało nam się, że ma ze 100 lat i z pewnością jest wiedźmą. Ona chodziła co chwilę na skargę do naszych rodziców. Kończyło się ochrzanem, czasem w ruch szedł wojskowy pas taty, a na drugi dzień i tak musieliśmy się sąsiadce nisko ukłonić, powiedzieć grzecznie „dzień dobry” i pomóc nieść zakupy. Wiedzieliśmy, co to szacunek dla starszych od nas.
Dziadek pozwalał pociągnąć czasem łyka „prądu” z gąsiora, tata dawał spijać piankę z piwa i nikt nie mówił, że dzieci się alkoholizują. Pamiętam, że tata śmiał się w głos, widząc moją wykrzywioną twarz i słysząc okrzyk „fuj!”.
Każdy z nas znał tabliczkę mnożenia na pamięć, zasady gramatyki i ortografii były wykute na blachę. Nikt nie znał pojęcia dysleksji czy dysgrafii – jeśli nie umiałeś pisać, dukałeś przy czytaniu, miałeś kłopoty z dzieleniem lub mnożeniem – byłeś po prostu tumanem i musiałeś się pouczyć jeszcze więcej, niż do tej pory. Do szkoły też mnie nikt nie odprowadzał – dostawałem klucz od domu na sznurówce, który dumnie zawieszałem na szyi. Trasa do szkoły nie była ultra bezpieczna, ale każdy wiedział, że trzeba iść lewą stroną ulicy, rozglądać się przed przejściem dla pieszych. Nikt nie wpadł z nas pod samochód… Po powrocie do domu musiałem wyprowadzić psa na spacer, odgrzać sobie obiad i zanim wrócą z pracy rodzice – mieć odrobione lekcje. Nikt nie miał czasu ślęczeć z dziećmi nad książkami – mieliśmy się uczyć sami, a tata lub mama tylko nas przepytywali, czasem aż do skutku.
Gdy się skaleczyliśmy, to lizaliśmy ranę i przyklejaliśmy liście babki – najlepszy plaster na wszystko. Czasem też ssało się palca, albo owijało czymś znalezionym pod blokiem, byle tylko zatamować krwawienie. Nikt nie dostał z tego powodu gangreny, ani nie amputowano mu kończyny. Jodyna i woda utleniona często były w użyciu, ale nikt z nas od tego nie umarł. Przyklejenie prawdziwego plastra na ranę było wielkim przywilejem, dziś nawet najmniejsze zadrapanie u dzieci skutkuje wizytą u lekarza specjalisty.
Mało kto z nas pamiętał, by myć owoce przed konsumpcją – najczęściej pochłanialiśmy je prosto po zerwaniu z drzewa. W dodatku przepijaliśmy kranówą lub lodowatą wodą ze studni, tudzież ciepłym mlekiem prosto od krowy. Popijaliśmy syropy na alkoholu, chowając się za śmietnikiem, żeby mama nie widziała. Nikt się nie zatruł…
Do zabawy mieliśmy siebie nawzajem, nie potrzebowaliśmy armii bajerów i gadżetów. Własnoręcznie zrobione proce, łuki wystrugane przez dziadka, albo pistolety wykonane przez tatę – to były nasze atrybuty! Bawiliśmy się w chowanego, w wojnę, w podchody, w klasy, graliśmy w kapsle, w noża, w kulki, skakaliśmy w gumę z dziewczynami, robiliśmy fikołki na trzepaku, a przede wszystkim – graliśmy w nogę do późnego wieczora. Naszą zabawę kończyło nawoływanie mamy z okna lub z balkonu, że już czas do domu. Wieczorem kąpiel szła taśmowo – najpierw młodsze rodzeństwo, potem starsze, a na koniec w tej samej wodzie jeszcze kąpał się tata. Dobranocka? To była jedyna bajka oglądana i wyczekiwana w ciągu dnia, innych zresztą nie było. Nie wszyscy kończyli szkołę, nieliczni szli do liceum, a potem na studia – ale każdy miał jakiś fach w ręku lub zdobywał zawód. Ludzie pracowali gdzie mogli – jedni za lepszą, inni za gorszą pensję, ale z reguły każdy sobie radził.
Ja i dzieci z mojego podwórka kochaliśmy swoich rodziców, byli dla nas wzorem do naśladowania i byliśmy w nich zapatrzeni jak w święty obrazek. Dziś cieszę się, że nie wiedzieli, co to „bezstresowe” wychowanie. To dzięki nim chowałem się bez ADHD, syndromu niespokojnych stóp, nie zaprzątałem sobie głowy bakteriami, wizytami u psychologa, nie miałem opiekunki, nie bawiłem się na zamkniętych i monitorowanych placach zabaw… I wiecie co? I tak wciąż wydawało mi się, że „starzy” wszystkiego mi zabraniają 😉 Wspomnijcie stare czasy i swoje dzieciństwo – jestem przekonany, że na waszych twarzach pojawi się szeroki uśmiech 😉










